Wadi Rum

Poniedziałek spędziliśmy leniwie. Spokojna plaża z wygodnym zejściem. Woda ciepła. Nie trzeba wypływać daleko, aby móc poprzyglądać się kolorowym rybkom.

W hotelu już stanęły choinki.



Po południu krótka wycieczka do miasta, obiad (znakomita ryba), niewielkie zakupy (benzyna, orzeszki) i z nienacka zrobiło się ciemno.  Słońce zachodzi tu zaskakująco wcześnie, ok. 16,40. Zima.



Na wtorek zaplanowaliśmy wycieczkę po pustyni. Wadi Rum jest położona trochę ponad godzinę na północ od Aqaba, z głównej drogi do Ammanu trzeba skręcić na wschód. 
Wild Wadi Rum to rodzinne przedsięwzięcie. Będą naszymi gospodarzami i przewodnikami.
Z Salmanem umówiliśmy się w wiosce o 09,00.  

Naszym kierowcą i przewodnikiem jest Eid, głowa rodziny. Ma trzy żony i trzynaścioro dzieci, Salman jest jednym z synów, syna Mohammeda spotkamy później w czasie dnia. Najmłodszy z synów ma trochę ponad rok.
Eid przygotował dla nas wyjątkowy samochód, pustynię możemy oglądać z górnego pokładu.



Pierwszy postój przy Lawrence Spring.



W dalszym ciągu dnia wspinaliśmy się na czerwoną wydmę, zgłębiliśmy wąwóz ozdobiony petroglifami (mają ponoć 2000-2500 lat), weszliśmy na mały łuk, duży łuk. Nie będę wymieniał wszystkich punktów widokowych.







Najpiękniejsza jednak jest po prostu pustynia. Przestrzeń podzielona wyrastającymi fantastycznymi formacjami skalnymi.
Zapisywałem ślad gps, na wypadek gdyby kiedyś zdarzyła się okazja przyjechać tu motocyklem.
Teren miejscami trudny.



Eid celowo wybrał tę nieuczęszczaną drogę.
Zbliżała się pora lunchu. Eid zaproponował, abyśmy wykorzystali czas na spacer korytem strumienia w prawo, on w tym czasie znajdzie miejsce na postój trochę dalej. Spotkamy się później.
Sam na sam z pustynią, bez niczego ze sobą, nie wzięliśmy nawet wody. Myślę, że Eid celowo chciał nam dostarczyć trochę emocji. Wspaniała cisza i spokój.



Dolinkę zamykały pionowe skały. Wróciliśmy i po kilkudziesięciu minutach zobaczyliśmy dym z ogniska. Do Eida dołączył w międzyczasie syn Mohammed ze swoją grupą. Mili młodzi ludzie, pięcioro Greków z okolic Salonik i Joanna wprawdzie z Warszawy, ale której serce wybrało Helladę.





Dobre, proste jedzenie. Świetny chleb podgrzany w żarze ogniska. Chwila odpoczynku i spacer w stronę słońca.
Grzybek.
Tak naprawdę wcale nie był taki mały. To Eid bawił się w fotografa.

Wielki łuk.






W poszukiwaniu miejsca, skąd będziemy podziwiać zachód słońca, kolejny. Na pewno równie piękny.

Wybraliśmy swoją skałę. 




Atrakcją jest nocleg w obozie na pustyni.



Wspaniałe rozgwieżdżone niebo. Cisza. Kilka razy w nocy zmącona jednak hałasem przelatującego wysoko samolotu. Nie ma już chyba miejsc, gdzie naprawdę można zapomnieć o cywilizacji.
Noc była zimna. Pewnie ze 3-5 st C. Jesteśmy przecież powyżej 1000 m npm. Koce z tworzywa sztucznego nie grzały.  
Po śniadaniu Mohammed, gospodarz naszego obozowiska, odwiózł nas do wioski. Ruszamy dalej. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Eilat - Aqaba

Aqaba - Eilat

Petra, dzień pierwszy